RSS
niedziela, 24 lutego 2013
No i Go nie ma

Wróci za 2 tygodnie. Nigdy na tak długo nie rozstał się z dziećmi i to jest najgorsze. Bo przecież nie to, że będę musiała ogarnąć wszystko sama ( dzieci, dom, prace itd). Najbardziej będzie mnie stresować to,że dziewczynki świata poza Nim nie widzą i będą za nim tęsknić i mi marudzić do ucha, albo za nim płakać a ja będę musiała dwoić się i troić, żeby odwrócić od tego ich uwagę - to będzie najtrudniejsze. Bo przecież nie to, że będę musiała wstawać w tygodniu po 6, obudzić księżniczki, znieść je na rękach, pokarmić, ubrać uczesać,  umyć, zapakować do auta i odwieźć do przedszkola, potem pojechać pięćdziesiąt kilka km do pracy, siedzieć tam co najmniej 8h albo i więcej , wrócić , odebrać dzieci od teściów, próbować nadgonić stracony dzień w 2 h bawiąc się w chowanego, rysując, gotując jakiś obiad na następny dzień, ogarniająć nieład w domu, rozwiązując konflikty, czytając bajki,robiąc kolację, kąpiąc i usypiając. Nie- bo to przecież proste i banalne  jest ;-) Oczywiście jeszcze łatwiejsze gdy dzieli się tę codzienność we dwójkę, a w pojedynkę jak jest - to się okaże. Póki co Lunia ma gorączkę, a ja miałam mieć jutro ciężki dzień w pracy, najgorszy w miesiącu. Dzieci chorują w najmniej oczekiwanych momentach i to właśnie powiem mojej szefowej jutro przez tel. Bo przecież nie puszczę Lunii do przedszkola z gorączką ani też nie zostawię jej bez opieki w domu, a tak się składa, że nie mam jej jutro z kim zostawić.

Nie pisałam przez ostatnie 2 tygodnie,bo miałam wrażenie, że wspinam się pod jakąś cholernie wysoką górę. Nie nawidzę lutego. Nawet nasza zmywarka go nie nawidzi bo wzięła i się zepsuła tak sama z siebie....na szczęście jest naprawiona, mam nadzieję, że nie zrobi mi świństwa i będzie działać bez zarzutu,bo jakoś nie wyobrażam sobie ręcznego mycia garów na uwieńczenie dnia.

Najgorsze jest w tym wszystkim to, że poleciał na 2 tyg, wróci na weekend i znowu nie będzie go 3 tygodnie. Mam nadzieję, że czas szybko zleci, a ja w tym czasie nie zwariuję i damy sobie z dziewczynkami radę, przyjemnie spędzając niektóre chwile. Zimo idź już sobie, delikatnie mówiąc!

23:21, lubie.lato
Link Komentarze (3) »
piątek, 08 lutego 2013
Kłamstewka

Wczoraj po przedszkolu pytam dziewczynek:

-Zjadłyście zupkę w przedszkolu?

Ola mówi - nie, Karolinka - tak.

Na to Ola do mnie:

-Mamo, ale Karolina też nie zjadła, kłamie.

Ja do Karolci:

-No wiesz co Karolciu, dlaczego kłamiesz?

-Bo chciałam mamusiu, żebyś była zadowolona.... ( i błagalna minka plus oczy Shreka).

Mam to szczęście , że po przedszkolu słyszę dwie wersje wydarzeń, zazwyczaj skrajnie różne ;- )Liczę na to, że jak będą nastolatkami Ola będzie korygować wersję Karoliny. Ajjj będzie się wtedy działo...ja to już wiem!

 

13:29, lubie.lato
Link Komentarze (5) »
czwartek, 07 lutego 2013
Wypieki i bałagan

W ostatnim czasie w naszym domu piekarnik był eksploatowany częściej niż przez ostatnie pięć lat razem wziętych. Po części działo się tak dlatego, że dzieci miesiąc siedziały w domu (ospa) i znudzone wszystkim w akcie desperacji rzucały hasło:upieczmy ciasteczka. Karolcia oczywiście wie już kim zostanie w przyszłości  - kucharzem oczywiście. Olcia różnie mówi -np. że zostanie  naukowcem, bo tak wyszło jej na wróżbach andrzejkowych w przedszkolu, albo tancerką,a może aktorką,lub wróżką bo chciałaby latać, a ostatnio powiedziała, że zostanie tenisistką i mamusia wtedy nie będzie musiała pracować. Oj byłoby dobrze! A z drugiej strony trzeba uważać coraz bardziej o czym się z mężem przy młodych rozmawia, bo chłoną jak gąbki. W lekkie zakłopotanie wprawiają mnie obydwie pytaniem: "mamusiu a Ty kim chcesz zostać jak dorośniesz"? Ja na to , że już przecież jestem dorosła. One: "no to kim jesteś" A ja z mocną niepewnością i lekkim zakłopotaniem: " hmmm no w sumie to nie wiem....przy komputerze mamusia pracuje...hmm  można powiedzieć że jestem księgową ".  Jakoś nie lubię tego słowa "księgowa" .Księgowa w korporacji? W korporacji są sami księgowi zazwyczaj, młodsi i starsi, mrówki mniejsze i większe. Ale tego im przecież nie będę teraz tłumaczyć, bo to jak włożyć kij w mrowisko ;-)

A miało być o wypiekach. Na pierwszy rzut kolorowe babeczki,które zażyczyła sobie Karolinka, a głównie spałaszowała Oleńka:

Na zawołanie robiliśmy ostatnio też takie zwykłe kruche ciasteczka jak te:

No i ostatnio też z kategorii w sumie łatwych, ale bardziej ambitnych. Upiekłam swój pierwszy w życiu chleb i wyszedł bardzo dobry. Kiedyś mi się wydawało ,że to jakaś większa filozofia i grubsza sprawa wyrobić samemu takie ciasto i potem nie zrobić z niego zakalca, ale zachęcam - na prawdę proste i pyszne! Mój chlebek z pełnego ziarna:

Kilka dni temu wróciłam z pracy bardzo zdziwiona, bo mój mąż ( miał urlop) i po obiedzie, ot tak sobie poprostu też zrobił chleb, bez żadnego bałaganu, szumu, nie chwaląc się nikomu, jakby ugotował makaron lub ziemniaki. Byłam w szoku, bo też wyszedł mu bardzo dobry, a w kilka dni później zrobił znowu 2, jeszcze lepsze, jeden z migdałami,drugi z suszonymi śliwkami:

Mąż ostatnio bardzo mnie zadziwia kulinarnie, bo odkrył, że gotowanie wcale nie jest trudne i generalnie to nie ma dla niego rzeczy niemożliwych ( nie tylko w kuchni).

U nas w związku z siedzeniem dziewczynek w domu i chorowaniem równie wiele co wypieków było bałaganu i to każdego dnia niestety.Córcie bawią się razem świetnie, ich wyobraźnia mnie zadziwia i momentami pękam ze śmiechu słysząc ich dialogi, poza tym, jako że są we dwie to ja nie muszę uczestniczyć w każdej zabawie . Jest tylko jedno ale. Podczas tych wszystkich zabaw robią taki bajzel, że można się załamać. Nie przestaną, dopóki w każdym pomieszczeniu nie będzie" meksyku" i powyciąganych rzeczy. Do tego często mi mówią, że jak jest porządek to one  nic nie mogą znaleźć ( dlatego wyciągają wszystko z szuflad, szafek, przenoszą z jednego pokoju do drugiego) . Walczę z tym, krzyczę często,tłumaczę, proszę, złoszczę się. Dla nich normalny jest taki widok:

albo taki:

 Tak, tak - Ola bawi się koszyczkiem wielkanocnym w środku zimy...

Dlatego bardzo cieszę się , że wszystko wróciło na normalne tory i dziewczynki od poniedziałku pięknie chodzą do przedszkola ( oby jak najdłużej ten stan się zachował), w domu nie mają już czasu i siły bałaganić. Za to ja od wtorku siedzę w domu bo dopadła mnie angina, dawno tak fatalnie się nie czułam. Na szczęście antybiotyk pomógł i czuję się znacznie lepiej.

23:32, lubie.lato
Link Komentarze (6) »
sobota, 02 lutego 2013
O czym marzą małe dziewczynki?

Od jakiegoś czasu codziennie i nieprzerwanie wałkujemy temat posiadania psa...

2 tygodnie temu kupiłam Luni atlas psów i dziecko codziennie studiuje wnikliwie tę książkę, strona za stroną,  oglądając różne rasy psów i wybierając, które mogłaby mieć. Dla dziewczynek wybór jest absolutnie jednoznaczny i prosty - PUDEL!!! I to taki klasyczny, biały, wystrzyżony z tyłu  i napompowany z przodu - czyli dla mnie i M.- totalna masakra ;-) No bo jak tu wyjść z takim pudlem na spacer? Jeśli już mielibyśmy mieć jakiegoś psa, to jakiegoś całkiem normalnego- labradora np, zwykły kundelek byłby już lepszy od pudla. Najgorsze jest to, ze one o nic nigdy tak bardzo  nas nie prosiły jak o psa, Lunia od rana błaga mnie prawie płacząc  , kartkując ten atlas, kiedy na pewno kupimy już tego psa , czy dzisiaj - a może jutro? A może na urodziny? Generalnie dały nam deadline do urodzin- mamy więc jeszcze 3,5 miesiąca spokoju .I nie chodzi o to , żebym nie lubiła psów,bo bardzo lubię, ale niekoniecznie muszę go już teraz mieć i to w dodatku PUDLA - niech mają inni ;-) Wiem, ze to egoistyczne trochę podejście, ale dla nas pies to jakieś tam kolejne obowiązki, decyzja na kilkanaście lat  no i problem w momencie jak gdzieś wyjeżdżamy. Dziewczynki oczywiście nie widzą żadnych przeszkód, same zalety jedynie. I co tu robić?

A wszystko  dlatego, że w sąsiedztwie mamy takiego pudla ,który zwie się DYZIO i dziewczynki za nim szaleją. W lecie specjalnie ciągną mnie , żeby niby przypadkiem skręcić w tą uliczkę i przejść koło domu Dyzia, jego pani jak tylko nas zobaczyła od razu pytała, czy może chcemy go wziać spacer i momentalnie podawała nam delikwenta przez ogrodzenie, doprowadzając tym samym moje córki  to euforii,bo mogły paradować przez osiedle na smyczy z Dyziem ;-) albo też zaprosić go do naszego ogrodu, co też zostało uwiecznione na zdjęciach w zeszłym sierpniu:

 

 

 

Ich miny kiedy mają chociaż na chwilę psa - bezcenne. Dyzio jest jeszcze ok, bo nie jest taki napompowany i biały jak te w książkach pudle wystawowe.

Jest jeszcze coś, o czym marzą dziewczynki. O rodzeństwie.... braciszku, siostrzyczce - wszystko jedno, byle było maleńkim dzidziusiem. Dla nich to jest tak prosta sprawa jak kupienie psa,czy chomika,  żaden tam problem. I często pytają nas ostatnio, skąd się biorą dzieci. Zawsze próbuję się wymiksować jakoś z tego,bo nie czas jeszcze na poważne rozmowy i M. powiedział, że jak jest mąż i żona i marzą o dziecku to po prostu je wtedy mają i dzidziuś rośnie w brzuchu. Na to dziewczynki - " no to my właśnie mamy takie marzenie to urośnie mamie dzidziuś w brzuchu". Nie to , żebym nie lubiła, bo uwielbiam małe dzieci, ale niech mają inni - ci co nie mają. ;-) Znowu egoistyczne trochę ? Wiem, ale co zrobić...Chciałabym mieć więcej czasu dla tej mojej dwójki wyśnionej, mam wyrzuty sumienia, że za mało czasu im poświęcam, więc gdzie tu mowa jeszcze o trzecim?

23:57, lubie.lato
Link Komentarze (5) »