RSS
wtorek, 22 maja 2012
O tym,co może zdarzyć się z dnia na dzień...

Dosyć długo zbierałam się do tego, żeby opisać to, jaki smutny i stresujący mieliśmy majowy weekend. W sumie ciężko jest nadal znaleźć mi odpowiednie słowa,żeby opisać tak traumatyczne przeżycia. Na pewno mogę powiedzieć, ze 26 kwiecień to był najgorszy i najsmutniejszy dzień, jaki przeżyłam. Od początku:

25 kwietnia wracamy z pracy i okazuje się, ze Karolinka brzydko kaszle i ma stan podgorączkowy. Od jakiegoś czasu sobie pokaszliwała, ale nic się jej więcej nie działo, wiec chodziła do przedszkola.Im było później tym bardziej kaszlała i stwierdziłam, że koniecznie musi ja zobaczyć lekarz.Pojechaliśmy na prywatną wizytę i lekarka stwierdziła, że po lewej stronie nic nie słychać, jest głusza i że to jest kompletnie chore dziecko, natychmiast kazałą zrobić zdjęcie rtg płuc w szpitalu i wrócić z tym zdjęciem ( a było już ok 21.30). Przyjechaliśmy do lekarki ze zdjęciem płuc na płycie cd i zaczął się koszmar i panika. Lekarka mówiła, że czegoś takiego nie widziała i nie wie co to jest, ale wygląda na jakiś guz, naciek...W każdym razie zaleciła rano udać się do szpitala do Prokocimia na dogłębną diagnozę i tomograf.

26.kwietnia był najdłuższym dniem w życiu.Obudziłam się obok kaszlącej Karolci o 6 rano, oczy miałam mokre, chyba podświadomie przez sen wyczuwałam, że to początek jakiegoś koszmaru.

Potem wszystko toczyło się bardzo szybko.Prokocim, szpital, izba przyjęć, ostry dyżur, kolejni lekarze, kolejne badania ,amok, szok, koszmar.Po tym jak lekarka zobaczyła to zdjęcie, które ze sobą mieliśmy, wzięła mnie na rozmowę bez dzieci i męża i zaczęła mniej więcej tak: proszę się nie denerwować, proszę się uspokoić i nie pokazywać emocji przy córce bo to nic nie da, trzymam kciuki, żeby się wszystko udało i życzę powodzenia....Konieczne są dalsze badania, które wykluczą lub potwierdzą...Coś tam stukała na klawiaturze, a dla mnie to było tak smutne, nie do opisania.Wiedziałam, że chodzi o coś złęgo i poważnego, co muszą zbadać na tomografie, ale nie chciałam dopuścić do siebie żadnej myśli, że cos złego mogłoby się przydarzyć tak po prostu mojemu dziecku! nie chciałam wierzyć, że to dzieje się naprawdę, odpierałam takie myśli. Kobieta też oczywiście nie nazwała sprawy po imieniu, tylko ubierała w słowa owijając w bawełnę i ja w końcu pytam jej"czy to może być rak"? A ona" rak to my nazywamy jak jest coś na skórze, a gdy cos urośnie w środku, nazywamy to chorobą rozrostową"....Chyba nadal szok nie pozwolił mi dopuścić takich myśli, że to mogłoby spotkać moją rodzinę, moje ukochane dziecko. Zachowałam się w sumie jak jakiś nieuk, który nie wie co to jest nowotwór, rak, nawet jak ma na skierowaniu napisane rozpoznanie: guz tylnego śródpiersia. Przecież na co dzień wiem co to jest, że ludzie na to chorują, leczą się, biorą chemię, niektórym się udaje a innym nie, dzieci cierpią na to i ich rodzice też, tak - o tym na co dzień wiedziałam, że gdzieś tak jest i że takie rzeczy mają miejsce, ale że to mogłoby się zdarzyć nam? Mojemu dziecku?Z dnia na dzień ? To mi się w głowie nie mieściło, zaczynało dopiero docierać z czasem, jak trafiliśmy na oddział hematologii i onkologii... Zobaczyłam nagle te biedne chore dzieci, biegające po korytarzy bez włosków z kroplówkami i umęczone, smutne  twarze ich mam. Zaczęło to do mnie docierać, że pewnie oni też nie wierzyli, że się tutaj znaleźli.Zaczęłam analizować to, co mówią do mnie lekarze, pielęgniarki, jakby witały nas na oddziale na jakiś dłuższy pobyt...Odział wyglądał właśnie tak, jakby był przystosowany do całkiem dłuższych wizyt na nim:przedszkole, kolorowo, dużo obrazków na ścianach, książek, puzzli, gier, itp.Całe szczęście mogliśmy liczyć na wsparcie naszej lekarki i sąsiadki zarazem, która to pracuje właśnie na tym oddziale ( i dobrze o tym wiedziałam na jakim, tylko jakoś dziwnie tego dnia o tym sobie zapomniałam,albo chciałam zapomnieć tą nazwę). Tomograf zrobiono Karolince jeszcze tego samego dnia, o 17,00 , psychicznie czułam się coraz gorzej, pierwszy szok mijał i byłam w totalnej rozsypce, cała reszta rodziny - też, panowała ogólna żałoba , jakbyśmy jedną nogą byli już w całkiem innym świecie. Nasza lekarka też była przerażona ,  nie ukrywała tego, ze jest naprawdę źle.Dodatkowo dobijał człowieka widok tego oddziału, te bogu ducha winne dzieci i zmęczone twarze ich matek i perspektywa tego, że właśnie czekamy na wyrok, czy Karolinkę czeka to samo? Opis radiologa miał być następnego dnia rano, ale na szczęście pani doktor była w stałym kontakcie telefonicznym  z radiologami i lekarzami ( akurat rano zeszła z dyżuru i była w domu) i wieczorem , nie mogąc dodzwonić się do mnie bo na sali był kiepski zasięg- zadzwoniła do teściowej z najlepszą wiadomością, jaką w tej sytuacji można sobie tylko wymarzyć. Że to są na szczęście TYLKO zmiany zapalne, TYLKO zapalenie płuc - takie konkretne, paskudne, ale jednak nie są to zmiany nowotworowe!!! Usłyszeć taką diagnozę w tak beznadziejnej sytuacji i podejrzeniach jest równoznaczne chyba z jakimś losem na loterii, z szansą na dalsze, normalne życie!Najważniejszą rzeczą na świecie jest mieć zdrowe dzieci i to wszystko!Pamiętam, że marudziłam coś dzień wcześniej do męża, że nie pojedziemy nigdzie na weekend majowy, a mi się zachciało jechać nad morze, pamiętam jakimi bzdurami zaprzątałam sobie głowę kilka dni wcześniej. Teraz nie chciałam nigdzie jechać na weekend majowy, marzyłam wyłącznie o tym, żeby być w domu, razem z dziećmi, zdrowymi dziećmi.

Powiedziałam lekarce, że mam nadzieję, że często dzieci wychodzą stad z taką właśnie diagnozą, na co ona odparła , że niestety nie. Musieliśmy tam nie mniej jednak spędzić 8 dni, do 4 maja, Karolcia dostawała początkowo 2 antybiotyki dożylnie, potem doustnie 1 , drugi dożylnie, miała inhalacje i generalnie szybko się z tego pozbierała. Na zdjęciu rtg w piątek 4. maja było już czyściutko, osłuchowo też było normalnie, wszystko dobrze się skończyło, na szczęście -bo równie dobrze mogło się skończyć całkiem inaczej, sądząc po współczujących spojrzeniach pielęgniarek, każdy myślał pewnie jedno, najgorsze.

Podczas tego tygodnia na tym oddziale oczy otworzyły mi się na sprawy, o których nie miałam wcześniej pojęcia.Codziennie byłam przytłaczana historią jakiegoś dziecka, która mnie rozwalała psychicznie. Najbardziej poruszyła mnie , a wręcz rozwaliła na łopatki historia 4 letniej Nikolki, która spędziła w naszej sali 1 noc na "płukaniu" po chemii, a jej walka z chorobą trwa już rok. Dziewczynka jest niepełnosprawna,nie chodzi,  ma porażoną jedną część ciała, uciekające oczko , na które chyba kiepsko widzi, zaburzoną mowę, nie ma włosków-to akurat najmniejszy problem. Przy tym wszystkim jest wyjątkowo uroczą dziewczynką, śliczną, grzeczną, ujmującą. Rozmawiałam długo z jej matką ( bardzo sympatyczną osobą) i opowiedziała mi jej historię. Rok temu Nikolka nie zjechała pewnego dnia ze zjeżdżalni, bo miała zaburzone pole widzenia. Badania wykazały dużego guza mózgu, 4-go stopnia złośliwości-  najgorszego. Podczas operacji został uszkodzony pień mózgu i dlatego dziewczynka, mimo że walczy nadal z chorobą, bo guz nie został usunięty, to zmaga się dodatkowo z niepełnosprawnością, której przecież wcześniej nie miała. Jak zobaczyłam to dziecko na zdjęciach z przed operacji w komórce, łzy same poleciały po policzkach. Takie wyjątkowo śliczne dziecko, z gęstymi i długimi blond włosami, w różowej sukience i koronie- cudowne. Jej mama opowiadała, że była wyjątkowo grzeczna, urocza, z resztą to nadal było widać - mądre dziecko. Siedziała sobie spokojnie i układała w teczce kredki, notesy i płyty, oglądając przy tym "Świnkę Peppę". Rozczuliła mnie całkiem, jak żegnając się ze mną powiedziała mi :"pa, ciociu". Trzymam za nią kciuki z całego serca, żeby wygrała z chorobą, jaka w ogóle nie powinna dotyczyć dzieci i okresu dzieciństwa... Trzymaj się dzielnie Nikolka!

Fajnie było wrócić do domu i móc nadal prowadzić normalne życie... Chciałabym, żeby takie oddziały dziecięce w ogóle nie musiały istnieć, żeby takie rzeczy na świecie się nie działy.Do dzisiaj nie potrafię wyobrazić sobie Karolinki bez jej bujnych loków...

Najważniejsze jest zdrowie, cała reszta jest mniej ważna i nieistotna właściwie, nie warto przejmować się bzdurami i gonić nie wiadomo za czym...

00:29, lubie.lato
Link Komentarze (4) »