RSS
piątek, 23 maja 2014
Uwielbiam

jak ja uwielbiam ten czas, kiedy wyciąga się z garderoby letnie ubrania, sukienki,spódniczki, spodenki, sandały ,klapki. Jak ja uwielbiam spać przy otwartym oknie... i mieć świadomość, że ten najfajniejszy w roku okres właśnie się zaczął i będzie trwał przez 3 miesiące ( jeszcze tylko 3??)uwielbiam jak jest 30 stopni, tak jak teraz. Uwielbiam!

Dziewczynki prze-szczęśliwe, że wczoraj ubrałam im pierwszy raz właśnie sandałki i sukienki letnie do przedszkola. Człowiek tak jakoś zupełnie inaczej się czuje, jak jest ciepło i świeci słońce kiedy się rano wstaje. Otoczenie jakieś takie bardziej przyjazne się wydaje ( widocznie taki wpływ witaminy D na wszystkich,nawet na tych,co Cię wkurzają zazwyczaj).Tak myślę sobie, że bardzo chciałabym mieszkać w ciepłym kraju, to wszystko tłumaczy czemu południowcy są bardziej wyluzowani, uśmiechnięci i radośni-w takim całorocznym klimacie każdy by był.Nie mogłabym natomiast mieszkać w Norwegii, Szwecji, Finlandii- o nie.

Uwielbiam też  takie gadki rano w samochodzie w drodze do przedszkola:

- Olcia:"Mamo, strasznie mnie pieką oczy, chyba mam zapalenie STALÓWEK" ;-)

-Czego? Może spojówek?

- O tak, tak,właśnie - spojówek".

Tym bardziej śmiesznie zabrzmiało to z ust mojej poprawnej, akuratnej, mądralińskiej Olci, która to nieczęsto przekręci jakieś słowo ( w przeciwieństwie do swojej siostry Karolci).

Uwielbiam.

20:10, lubie.lato
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 19 maja 2014
A tak poza tym

Znowu długo nie pisałam,więc w kilku punktach o tym,co było i co jest obecnie:

-Tydzień temu w sobotę dwie imprezy ( roczek i podwójna trzydziestka). Ta trzydziestka w Krakowie  to było przypomnienie sobie czasów studenckich ( bo czy nam wypada wychodzić z imprezki z klubu o 3,30 ?) Dużo ludzi, (młodszych raczej), głośna muzyka,dużo śmiechu.Fajnie było sobie przypomnieć ;-) chociaż lata już nie te,obowiązki dnia następnego też jakby inne. Trochę przed tymi urodzinami mieliśmy w rodzinie jeszcze 40-te urodziny a także 60 - same okrągłe daty i imprezy.

-W piątek dziewczyny skończyły 6 lat,ale o tym w osobnym wpisie

-Wczoraj dziewczynki brały udział w spektaklu :"Królewna Śnieżka" , mama musiała spędzić z nimi kilka godzin na próbach itd.

- Tatuś wyjechał na 10 dni na razie (potem jeszcze kilka tygodni) i mamy nadzieję, że damy sobie bez niego świetnie radę ( bo przecież jest piękna wiosna a za chwilę lato,a poza tym jest też Pani Jadzia, nasz anioł)

- Dzisiaj jest piękny dzień,bo mam urlop,dzieci są w przedszkolu, a ja odpoczywam sobie ciesząc się chwilą,z kubkiem kawy na tarasie. Urlop mam dlatego, że jadę za 3 h z Karolką do laryngologa do Krakowa na kontrolną wizytę,martwię się o nią strasznie bo ma w uchu jakiś płyn i wydaje mi się , ze bardzo kiepsko słyszy,zobaczymy co powie dzisiaj lekarz.

-Ostatnio chyba przestałam tak bardzo martwić się przyszłością, częściej staram się cieszyć teraźniejszością.Co ma być to i tak będzie, scenariusz jest chyba napisany i przesądzony,więc zamartwianie się nic nie da, co ma być to i tak będzie, wszystko dzieje się też po coś.

12:30, lubie.lato
Link Komentarze (6) »
Grzywka, czyli ch sposób na mnie

Uwielbiam niektóre ich skojarzenia,przekręcone wyrazy.

Kiedyś podczas ubiegłej jesieni zbierałyśmy kasztany i żołędzie i bardzo podobało mi się co wymyśliła Karolinka - że niektóre żołędzie są z " grzywka" a niektóre bez. Śmiałam się wtedy z tego strasznie, że ta górna część -czapeczka to grzywka. To było kilka miesięcy temu. I niedawno,chyba w efekcie tego, że z pracy często wracałam zmęczona,zła i z bólem głowy-bez humoru i rozdrażniona, dziewczyny zarzucały mi,że mało się uśmiecham ( niepokojące prawda?) I Karolinka wpadła na pewien pomysł:" Muszę coś wymyślić, żeby Cie rozśmieszyć.Pamiętam,że się bardzo śmiałaś z tej grzywki żołędzi. To teraz za każdym razem jak będziesz zła,będę Ci mówić: grzywka, grzywka! I będziesz wesoła. " Inteligentne bestie, robią to po 2-3 razy dziennie i działa ;-) Jak tylko jest jakiś zgrzyt,one coś przeskrobią, jakaś nerwówka, mój podniesiony głos lub mina w podkówkę,słyszę tylko: :grzywka,grzywka" i już wiem, że natychmiast mam się uśmiechnąć i odpuścić zły humor,nawet gdy bardzo boli mnie głowa.

Inne śmieszne skojarzone lub przekręcone wyrazy:

wysoki obcas =wysoki stołek

taksówka=klaksówka

keczup pikantny=keczup hapitny

Błażej=Włażej

pieczątka z tuszem=pieczątka z tłuszczem

czepek=czapek

wyszpicowane kredki=zastrugane kredki

O rany,tyle tego było i zapomniałam,dopiszę sobie jak przypomnę.

12:09, lubie.lato
Link Komentarze (3) »
sobota, 26 kwietnia 2014
Zamotana

Ostatnio natknęłam się przypadkowo w necie na poniższy tekst:

Przeczytałam i zamarłam ,na chwilę wstrzymując oddech. Kurcze-pomyślałam.Przecież to jest o mnie! Dokładnie takie myśli kłębią mi się w głowie po każdym ciężkim dniu,(zbyt często), do takich samych wniosków dochodzę ostatnio( tylko może nie tak ładnie ubieram je w słowa?)

Czas w końcu coś z tym zrobić.

Pisałam w grudniu, że wracam do gry ( czyli do pacy). Dzisiaj z ręką na sercu mogę powiedzieć: ta "gra " mi się nie podoba, to nie moja bynajmniej" gra". Chciałabym w końcu odnaleźć się na odpowiedniej "planszy" i móc zmierzać w kierunku mety, a nie wciąż startować i wracać na start.

19:45, lubie.lato
Link Komentarze (3) »
niedziela, 06 kwietnia 2014
Paris, Paris!

18-20 marca zrobiliśmy sobie taką całkiem spontaniczną, rodzinna wycieczkę do Paryża. 3 dni intensywnego chodzenia, zwiedzania i podziwiania ładnych widoków -  miłe przywitanie wiosny i krótka odskocznia od codzienności. Zaryzykowaliśmy i postanowiliśmy zabrać też dziewczynki, pełni obaw, czy dadzą nam cokolwiek zobaczyć, czy będą w stanie dużo chodzić o własnych siłach. Na szczęście dzieci stanęły na wysokości zadania i dzielnie przemierzały z nami wiele kilometrów dziennie ( mają świetną kondycję ), zachowując się w miarę przyzwoicie . Oczywiście najczęściej używanym słowem było "nie" , ale na to byliśmy przygotowani( nie rób tego, tamtego,nie skacz, nie biegaj,nie ruszaj, itd). Pogoda na szczęście dopisała , w deszczu pewnie nie bylibyśmy w stanie zobaczyć tak wiele. Dziewczynkom najbardziej podobała się:

-wizyta w sklepie Disney'a ( Olcia powiedziała wychodząc, że chciała by tutaj zamieszkać, nie wiem w sumie czy w tym sklepie czy w Paryżu?)

- jazda metrem

-karuzela

-wieża Eiffla

Całkiem zaskoczona byłam też tym, że nie marudziły w Louvrze ( chociaż byliśmy tam jak dla mnie zbyt krótko) i wyrażały zainteresowanie sztuką ( cieszyły się, że mają przed sobą to samo, co w przewodniku).

Nie podobało się Karolince natomiast wchodzenie do wnętrza katedr czy kościołów,lekko wtedy protestowała, że to nudne.

Ogólnie było bardzo przyjemnie, (chociaż intensywnie), M.ogarnął naszą wycieczkę 6-cio osobową,bawiąc się w przewodnika. Dziewczyny chyba złapały  bakcyla do tego, że fajnie jest zwiedzać świat i być w różnych ciekawych miejscach.

Jakie było marzenie Karolinki jak wsiadała do samolotu w drodze powrotnej? Żeby normalne wyjście ( to po schodkach) było jak to powiedział "zatkane" i żebyśmy mieli awaryjne lądowanie, przy użyciu zjeżdżalni, lub  też jakieś wodowanie .....Czyli to wszystko,czego obawia się normalny człowiek, jest marzeniem mojej córeczki. Mimo katastroficznych marzeń Karolci, wiosnę przywitaliśmy radośnie;-)

,

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

12:51, lubie.lato
Link Komentarze (6) »
niedziela, 16 marca 2014
Jasełka

Mała fotorelacja z wydarzenia , które było w przedszkolu 21 stycznia , z okazji Dnia Babci i Dziadka-Jasełka. Moje dziewczynki to dwa najpiękniejsze dla mnie na świecie Aniołki.

00:20, lubie.lato
Link Komentarze (5) »
sobota, 15 marca 2014
Narciarki

Nie było mnie tutaj dawno, wiem. Dla mnie zima to okres wegetacji: praca, zmęczenie, dom, dzieci, spanie..taki kołowrotek, gdzie ciężko coś wcisnąć pomiędzy. Szkoda, że to o czym myślę , żeby napisać, co siedzi mi w głowie ,  nie rejestruje się automatycznie na blogu- byłby na pewno dużo ciekawszy i pisany codziennie :)

W skrócie nadrabiamy zaległości bo coś tam się  jednak działo.

Były przecież ferie, chociaż zima była taka, jakby jej wcale nie było.

Wzięliśmy z mężem 2 dni wolnego, co wraz z weekendem dało nam 4 dni spędzone razem na świeżym powietrzu i to do tego aktywnie. Nasze córeczki nauczyły się jeździć na nartach i jestem z tego tak dumna jak paw!!! I obeszło się bez instruktora-sami pobawiliśmy się w instruktorów i o dziwo udało nam się i to jak szybko? Mąż mówił: jest czwartek, zobaczysz, ze w niedzielę będą jeździć same. O jakże się pomylił. Same zjeżdżały pięknie już w piątek, a w sobotę samodzielnie już na wyciągu orczykowym. Dla mnie to było nie do pojęcia, bo pamiętam, że jak się uczyłam zeszło mi znacznie, znacznie dłużej ( ale też nie miałam lat 5,5 ale 21). Małe dzieci jednak chłoną jak gąbki, nie boją się, są odważne i przede wszystkim co było istotne-dziewczynki bardzo chciały, nie miały dość. Nie sądziłam, że pójdzie to tak łatwo, to były piękne 4 dni.

23:56, lubie.lato
Link Komentarze (2) »
Chomicza historyjka

Wrześniowe, deszczowe  popołudnie,  odbieram dziewczynki z przedszkola, już mamy skręcać w naszą ulicę, ale proszą błagalnie: "kupmy mamusiu tego chomika,proszę cię, tak bardzo chcemy mieć znowu chomika...( już kiedyś miały, 2 razy,ale dosyć krótko obydwa u nas wytrzymały). I jakoś tak zmiękłam,stwierdziłam - no ok,niech mają), chociaż spieszyłyśmy się tamtego dnia,bo miały jeszcze zjeść obiad i szybko zbierać się na zajęcia taneczne. Zakupiliśmy osobnika (nie wiadomo jakiej płci nawet), głowę zawróciła mi jeszcze jakaś zupełnie obca pani, która poprosiła mnie, cy nie mogłabym jej podwieźć do domu, bo fatalnie się czuje , a wyszła właśnie od lekarza. Nie znam kobiety,spieszę się, mamy już tego chomika,ale ok-taka miękka jestem, naiwna widocznie też,pomagać chcę całemu światu- podwiozłam kobietę na drugi koniec miasta ( potem się okazało, że to stały numer tej pani). Wjeżdżam w naszą bramę ( deszcz, mgła, nic nie widać dzieci piszczą z radości,bo mają zwierzątko,wypięły się już z pasów, ja myślami zupełnie gdzie indziej i wzięłam za mały łuk wjeżdżając, zaryłam cały bok-taki klasyczny samobój na własnym podwórku,na własne życzenie. Dobrze, że to auto miało AC- bo całe drzwi były do wymiany...Wiedziałam, że gdybym od razu po przedszkolu przyjechała do domu,podjechałabym z innej strony, szyby byłyby mniej zaparowane i NA PEWNO nie uszkodziłabym samochodu.Zwaliłam winę na chomika. Najbardziej podobała mi się reakcja teścia, który w takich sytuacjach zawsze twierdzi, że NIC się przecież nie stało, że to zdarza się nawet  najlepszym -czytaj Jemu( tydzień temu zrobił to samo, też na własnym podwórku..tyle tylko,że samochód jego jakby nowy bo z salonu). Ale wróćmy do chomików bo to o nich dzisiaj. Mały okazał się uciekinierem, który szukał okazji,by "wyspindrać" się z akwarium   i dać nogę w jakiś zakamarek domu. I po 3 dniach zniknął skubany na 2 lub 3 doby nawet, pochowany już nawet w naszych myślach ( weekend był ciepły , taras otwarty, drogę miał wolna do wolności). Poszukiwania nie dały skutku, no trudno myślimy sobie....Tymczasem w poniedziałek lub wtorek, po tamtym weekendzie dziewczynki z przedszkola odbierali dziadkowie . Cóż to dziadka owinąć sobie wokół palca dla wnuczek ukochanych? Tyle co nic. Dziadek wykonał grzecznościowy telefon pod tytułem:"czy możemy im kupić drugiego chomika"? Jako że byli już przy kasie w sklepie, moje "nie" nic by i tak nie znaczyło tak czułam, wiec się zgodziłam.Dziadek kupił też nową klatkę, największą dostępną w tym sklepie, koszt 120 zł ( zjeżdżalnie, rury,te sprawy). Stan chomików był nadal:1, ale tylko do dnia następnego,kiedy to w pralni włączałam pranie i coś mi zaskrobało. Jakież było moje zdziwienie,kiedy się okazało, że to chomiczek nr1 się odnalazł i próbował wydostać z wiaderka z mopem. Ubrałam rękawiczkę ( w przeciwieństwie do moich córek nie przepadam za gryzoniami), wydostałam go.Radość dzieci- bezcenna, bo stan chomików: 2 ( każda mogła męczyć jednego w tej samej chwili).Stan taki utrzymał się do wczoraj. Wczoraj wieczorem wracamy do domu, dziewczynki jak zawsze pędzą  najpierw  przywitać się z chomikami. Nagle salwy radości i okrzyków: "Mamo, mamo, chomik urodził małe chomiczki!!!!!"

O k...urcze powiedziałam sobie pod nosem ( abo nawet trochę mniej dyplomatycznie ,szczerze mówiąc). Faktycznie.1,2,3,4,5 policzyłam szybko...i 2 duże wcześniejsze. To razem 7.

Tak więc od wczoraj jesteśmy posiadaczami 7 chomików. Już wiemy, że były różnych płci ;-) Niby miały osobne klatki, a jednak....chwila nieuwagi dziewczyn,bo zostawiły otwarte drzwiczki jednego  raz,czego byłam świadkiem.Zawołałam męża,żeby rozgonił towarzystwo ( bo sama się bałam i byłam w szoku, a było to całkiem niedawno, jak się okazało-wystarczająco dawno,może 3 tygodnie temu?)

Dzieci uradowane, Karolinka oczywiście wpadła na cudowny pomysł:"to teraz musimy kupić dużo klatek..." Jasne- powiedziałam jej :) Podrosną z 3 tygodnie, mama je wykarmi i odniesiemy do sklepu zoologicznego. Co na to moja rezolutna córka Karolka odpowiedziała ( po którymś tam zapewnieniu z mojej strony, że je odniesiemy do zoologicznego)?

-"Mamo, babcia Wiesia ile urodziła dzieci - 5 tak samo, prawda?Pięć. A czy oddała je gdzieś? Nie..." Sprowadzona do parteru zamilkłam.Nie widziałam czy pękać ze śmiechu, czy tłumaczyć się z wyższości hierarchii człowieka nad gryzoniem.Bezpiecznie zamilkłam...Jedno jest pewne:  jednego chomiczka niewinnego zrobiło się nagle siedem.Takie cuda tylko u nas w domu.

......

23:13, lubie.lato
Link Komentarze (5) »
wtorek, 21 stycznia 2014
Prababcia

Dziewczynki miały to szczęście, że poznały swoje 2 prababcie.

Z jedną z nich niestety przyszło nam się zobaczyć i  pożegnać dzisiaj. Odeszła od nas dzisiaj o 5 nad ranem, w mieszkaniu swojego syna i synowej, do końca otoczona miłością rodziny. Dzisiaj rano przystanęliśmy nad jej łóżkiem, potrzymaliśmy chwilę za rękę, jeszcze ciepłą właściwie, bez strachu i obaw,że to przecież martwy człowiek i zetknięcie ze śmiercią. W smutku,ale raczej pogodzeni z tym,że taka niestety kolej rzeczy, (babcia i tak dożyła 84 lat) i że tak naprawdę mało rzeczy  ma u kresu życia  wielkie znaczenie. To co na pewno ma znaczenie,to umierać nie w domu spokojnej starości między obcymi,lecz w domu wśród rodziny, dzieci,wnuków,prawnuków,otoczonych opieką i miłością, a nie strachem przed ciemnością...

Babcia miała najlepszego syna jakiego mogła sobie wymarzyć ( nadal ma, to jest mój Teść-zrobił wszystko ,a nawet dużo więcej ,żeby babcia mimo schorzeń stanęła po operacji na nogi.To było coś niesamowitego jak syn potrafił z czułością i oddaniem zajmować się swoją matką- coś na obraz tego, jak matka zajmująca się swoim niemowlęciem) .A może tak właśnie dla zachowania równowagi jest ten świat ułożony?

Jak na ironię losu dzisiaj jest Dzień Babci.Pewnie spogląda na nas z góry i uśmiecha się, żebyśmy się nie smucili.

Jak na ironię losu zdjęcie poniżej to ostatnie zdjęcie Babci , zrobione 2 listopada 2013 , z jej wnukami i wszystkimi prawnukami. W ostatni wieczór, jaki spędziła w swoim domu.

23:57, lubie.lato
Link Komentarze (2) »
środa, 08 stycznia 2014
10 lat temu -Obsesja

08.01.2004, klub "Obsesja, ul. Floriańska, Kraków.

Nasze pierwsze spotkanie , tańce na parkiecie  i zdjęcie po dwóch godzinach rozmowy bodajże ( i dwóch piwach również).

Krótko mówiąc :to było jak grom z jasnego nieba.  Takie rzeczy się naprawdę zdarzają...Obydwoje wiedzieliśmy już wtedy, że ze sobą będziemy.

Niesamowite w tym wszystkim jest to, że po 10-ciu latach nadal potrafimy się tak na siebie patrzeć. Obsesja trwa do dzisiaj i mam nadzieję, będzie trwać zawsze.

22:38, lubie.lato
Link Komentarze (5) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 15